PL EN
Dzielnica 4 Świątyń

data: 20.10 niedziela
godzina: 14.00 - 16.00 

miejsce spotkania: Kościół Opatrzności Bożej (ewangelicki) - ul. Kazimierza Wielkiego
prowadzący: Beata Maciejewska


Cztery świątynie w żydowskiej dzielnicy

Witajcie w magicznym miejscu Wrocławia. Nazywane jest Dzielnicą Czterech Świątyń, bo synagoga sąsiaduje tu z kościołem katolickim, a z prawosławnej cerkwi idzie się do świątyni ewangelickiej zaledwie pięć minut. Ale spacer w przeszłość potrwa znacznie dłużej. Co najmniej osiemset lat. Warto się jednak nań wybrać. Po to, żeby zobaczyć zegar kluskowy, sprawdzić jakim cudem św. Antoni zdobył dla siebie ulicę i kto zostawił głowę w hrabiowskim pałacu, przekonać, co się dzieje, gdy z ciemnego nieba uderza piorun i jak to się stało, że wierni czterech wyznań tak tu zgodnie żyją.  
Magiczna dzielnica to dawna dzielnica żydowska. To dziwne, bo według rejestru z końca XVII wieku, na stałe mieszkało we Wrocławiu tylko 12 Żydów z rodzinami. Taki limit ustalił dla Izraelitów król pruski Fryderyk II, który Żydów nie lubił, choć do prowadzenia interesów, i swoich, i państwa, zatrudniał żydowskich bankierów. 
W 1828 roku w mieście było już prawie pięć tysięcy Żydów. Osiedlali się często w okolicach dzisiejszych ulic Krupniczej, Włodkowica, Św. Antoniego i placu Bohaterów Getta. O tych miejscach przeczytacie i zobaczycie je w naszym przewodniku.
W okolicznych zajazdach zatrzymywali się drobni żydowscy kupcy z Polski, zwani przez Niemców „polnische Handelsjuden”. Mieli swoje sale modlitewne, określane jako bożnice terytorialne: Kaliską, Lwowską, Leszczyńską, Głogowską, Bialską i Poznańską. Samodzielną, wolnostojącą synagogą była tylko Synagoga Krajowa (Landschule), stojąca na dziedzińcu zajazdu Pokoyhof (u zbiegu dzisiejszych ulic Włodkowica i Krupniczej). Niepozorna, dwukondygnacyjna, z drewnianym arkadowym gankiem prowadzącym do sali modlitw. Sąsiadowała ze stajniami, wozowniami i magazynami towarowymi. 
Cała dzielnica wyglądała niepozornie. Domy wznoszono w konstrukcji szkieletowej, budy i składziki stawiano gdzie popadnie, na murowane kamienice trzeba było poczekać do połowy XIX wieku. Bo wtedy wrocławscy Żydzi zaczęli się wreszcie bogacić. Odnosili sukcesy w handlu, bankowości, przemyśle, kulturze, nauce i polityce. Błyskawicznie awansowali, a wraz z nimi awansowała cała dzielnica. Szczególnie ciekawe są świątynie. Prawosławna katedra przy ul. św. Mikołaja była kiedyś kościołem św. Barbary. Świątynia służyła cechowi tkaczy, a także białoskórnikom, mydlarzom i karczmarzom, którzy mieli tu nawet osobną emporę. Wielu z nich spoczęło w tej świątyni na zawsze i nie przeszkadzało im, że nekropolia otaczająca kościół była miejscem pochówku samobójców. Z kolei synagoga Pod Białym Bocianem to budowla, która zaczęła się od sporu pomiędzy Żydami liberalnymi a Żydami ortodoksyjnymi. Liberałowie - bogaci kupcy, znani w całej Europie uczeni, wielcy finansiści - rezygnowali z tradycyjnych ubiorów, obcinali pejsy i długie brody. Czuli się "Niemcami wyznania mojżeszowego", chcieli mieć wykształconych na niemieckich uniwersytetach rabinów, a modlić się w okazałych świątyniach, nie zaś w ciasnych "szulach". Biały Bocian dzieło wybitnego architekta Carla Ferdinanda Langhansa Młodszego, syna twórcy berlińskiej Bramy Brandenburskiej, jest na miarę ich ambicji. Natomiast historia kościoła ewangelicko-augsburskiego pw. Opatrzności Bożej przy ul. Kazimierza Wielkiego zaczęła się wielką katastrofą czyli wybuchem wieży prochowej, który zniszczył świątynię w budowie. 
A kościół i klasztor pw. św. Antoniego to miejsce, którym patron rzeczy zgubionych opiekuje się szczególnie. Odkryto tu niedawno dwa wspaniałe obrazy autorstwa Michaela Willmanna, śląskiego Rembrandta. Trzeba je zobaczyć.

Beata Maciejewska